Ostatni taniec – przypadkowe zauroczenie na weselu

Maja przyszła na wesele z postanowieniem, że wyjdzie przed północą i nie zatańczy ani razu. Tomasz miał opuścić salę zaraz po oczepinach, bo o świcie czekał na niego pociąg. Żadne z nich nie przewidziało, że pod koniec przyjęcia orkiestra zagra jeszcze jeden utwór, a przypadkowy partner okaże się kimś, przy kim trudno zachować bezpieczny dystans. To opowiadanie o niespodziewanym zauroczeniu, które rodzi się między pustymi stolikami, niedopitymi kieliszkami i świadomością, że wspólna noc ma ściśle określony termin zakończenia.
Czas czytania: ok. 10 min | Kategoria: Przypadkowe spotkania | Opowiadanie dla dorosłych 18+
— Jeśli jeszcze raz powiesz, że powinnam się dobrze bawić, wyjdę bez pożegnania — oznajmiła Maja.
Panna młoda poprawiła welon i objęła ją ramieniem.
— Masz trzydzieści dwa lata, piękną sukienkę i wolny weekend. To nie jest rada. To obserwacja.
— Wolny weekend zaczyna się jutro. Dziś jestem twoją fotografką ratunkową, specjalistką od spinek i osobą odpowiedzialną za to, żeby twoja ciotka nie wygłosiła czwartego toastu.
— Zrobiłaś już wystarczająco dużo. Teraz idź zatańczyć.
Maja zdążyła pokręcić głową, zanim ktoś potrącił ją od tyłu. Kieliszek przechylił się niebezpiecznie, lecz męska dłoń złapała go tuż nad jej ramieniem.
— To chyba twój — powiedział nieznajomy.
— Nie piję whisky.
— W takim razie uratowałem cudzą. Bohaterski wieczór.
Był wysoki, miał trzydzieści kilka lat i marynarkę przewieszoną przez ramię. Biała koszula przestała już udawać oficjalną: rękawy podwinął do łokci, a dwa górne guziki pozostawił rozpięte. Na nadgarstku nosił ciemny zegarek z porysowaną kopertą.
— Tomasz — przedstawił się. — Kuzyn pana młodego i człowiek odpowiedzialny za zaginione obrączki.
— Znalazły się przecież.
— Dzięki mnie. Były w kieszeni pana młodego.
— Czyli najpierw ich nie sprawdziłeś?
— Bohaterowie mają prawo do słabszego początku.
Maja przedstawiła się, a potem spojrzała w stronę wyjścia. Tomasz zrobił to samo.
— Uciekasz? — zapytał.
— Za chwilę.
— Ja też. Mam pociąg o szóstej dwanaście.
— Dokąd?
— To skomplikowane.
— Po pytaniu o kierunek?
— Po odpowiedzi.
Orkiestra zakończyła szybki utwór. Panna młoda pomachała do Mai z parkietu z miną, która nie pozostawiała wątpliwości.
— Wygląda, jakby wydawała ci rozkazy — zauważył Tomasz.
— Od dziecka. Ty też jesteś sterowany spojrzeniem?
— Wyłącznie przez ludzi w białych sukniach i prawników.
— Jest prawniczką.
— To wyjaśnia wszystko.
Muzycy rozpoczęli spokojniejszą melodię. Tomasz wyciągnął rękę.
— Jeden taniec. Potem oboje uciekniemy i nigdy więcej nie będziemy musieli udawać, że lubimy wesela.
— Nie tańczę.
— To dobrze. Ja tylko umiem przekonująco stać w rytmie.
Maja spojrzała na jego dłoń. Duża, spokojna, bez obrączki. Powinna odmówić. Zamiast tego podała mu swoją.
Na parkiecie Tomasz położył dłoń wysoko na jej plecach. Nie przyciągał jej bliżej, niż wymagał taniec. Maja oparła palce na jego ramieniu i odkryła, że porusza się zaskakująco pewnie.
— Kłamiesz — powiedziała.
— W jakiej sprawie?
— Umiesz tańczyć.
— Siedem lat obowiązkowych zajęć. Moja matka uważała, że mężczyzna powinien umieć zatańczyć walca i przyszyć guzik.
— Potrafisz przyszyć?
— Guzik tak. Związek niekoniecznie.
Uśmiechnęła się, choć to zdanie zabrzmiało bardziej szczerze niż poprzednie. Kiedy obrócił ją pod ramieniem, ciemnozielony materiał sukienki przesunął się po jej udach. Jego wzrok zatrzymał się na sekundę przy rozcięciu, a potem wrócił do jej twarzy.
Poczuła jego palce na odsłoniętej części pleców. Ciepłe, nieruchome, świadome granicy.
Piosenka się skończyła, lecz nie odsunęli się natychmiast.
— Czyli możemy już uciekać — powiedziała.
— Możemy.
Żadne z nich się nie ruszyło.
Sala po północy
Maja została jeszcze godzinę. Oficjalnie pomagała pakować prezenty. W praktyce co kilka minut odnajdywała Tomasza wzrokiem. Rozmawiał ze starszym wujkiem, wynosił pudła, podawał wodę zmęczonym dzieciom. Ani razu nie próbował ponownie jej zaczepić.
To właśnie ją drażniło.
Po drugiej w nocy goście zaczęli przenosić się do hotelowych pokoi. Orkiestra schowała instrumenty, obsługa zbierała talerze, a deszcz bębnił o wysokie okna dawnej przędzalni przerobionej na salę weselną.
Maja wyszła na zadaszony taras. Tomasz stał przy balustradzie z dwiema szklankami wody.
— Tym razem sprawdziłem zawartość — powiedział, podając jej jedną.
— Robisz postępy.
— Zostało mi niewiele czasu.
— Tajemniczy pociąg?
— Do Krakowa. A stamtąd samolot do Oslo.
— Mieszkasz tam?
— Jeszcze przez kilka tygodni. Zamykam projekt i wracam do Polski.
— To nie brzmiało bardzo skomplikowanie.
Tomasz oparł łokcie o balustradę.
— Miałem wrócić do wspólniczki, z którą przez trzy lata prowadziłem pracownię. I z którą przez ostatni rok byłem związany.
— Miałeś?
— Dwa tygodnie temu napisała, że nie chce już ani wspólnej firmy, ani mnie. Dlatego nie mam pewności, dokąd właściwie wracam.
Maja przyjęła to bez współczującej miny.
— A więc weselny flirt na pożegnanie?
— Nie planowałem flirtować.
— Poszło ci zadziwiająco sprawnie.
— To ty nadal tu stoisz.
Odwróciła się ku niemu. Przestrzeń pod niewielkim daszkiem nagle wydała się zbyt ciasna. Tomasz przesunął kciukiem po krawędzi szklanki.
— Mogę powiedzieć coś niewygodnego? — zapytał.
— Dotąd nie pytałeś o pozwolenie.
— Od pierwszego tańca zastanawiam się, jak smakują twoje usta.
Maja przez chwilę słuchała deszczu.
— To rzeczywiście niewygodne.
— Mogę przestać się zastanawiać.
— A możesz przestać mówić?
Tomasz odstawił szklankę. Zbliżył się, ale zatrzymał kilka centymetrów przed nią.
— Mogę cię pocałować?
— Tak.
Jego dłoń wsunęła się za jej kark. Pocałunek zaczął się spokojnie, jakby wciąż tańczyli. Maja objęła go za szyję i przyciągnęła bliżej. Poczuła wilgoć na jego koszuli, zapach deszczu i ciepło ciała pod cienkim materiałem.
Tomasz pocałował ją ponownie, głębiej. Jego druga dłoń spoczęła na jej talii. Przesunął ją po boku, zatrzymując się tuż nad biodrem.
— To miał być jeden taniec — wyszeptała.
— Muzycy źle policzyli.
— Orkiestra już odjechała.
— W takim razie musimy improwizować.
Z sali dobiegł brzęk przesuwanych krzeseł. Maja odsunęła się z niechęcią.
— Mam pokój na drugim piętrze — powiedziała. — Sama.
Tomasz spojrzał na nią uważnie.
— Chcesz, żebym poszedł z tobą?
— Gdybym nie chciała, nie mówiłabym ci numeru piętra.
Noc bez obietnic
Winda jechała boleśnie wolno. Stali po przeciwnych stronach kabiny, jakby metalowe lustra i kamera pod sufitem przywróciły im rozsądek. Dopiero gdy drzwi zamknęły się za nimi w hotelowym korytarzu, Tomasz dotknął jej dłoni.
Maja splotła z nim palce.
— Ostatnie drzwi po lewej — powiedziała.
W pokoju świeciła tylko lampka przy łóżku. Na fotelu leżał szal, na stoliku stała butelka wody i koperta z weselnym programem. Maja zdjęła buty. Tomasz przyglądał jej się, oparty plecami o drzwi.
— Możesz jeszcze zdążyć na pociąg — zauważyła.
— Mogę też kupić nowy bilet.
— Nie chcę, żebyś rano mówił, że przeze mnie został ci ostatni rząd przy toalecie.
— Podejmę to ryzyko.
Podszedł i objął ją w pasie. Tym razem pocałunek nie był ostrożny. Maja wsunęła dłonie pod jego rozpięty kołnierzyk. Rozgrzana skóra pod palcami i sposób, w jaki wstrzymał oddech, sprawiły, że pociągnęła materiał koszuli, wyciągając go ze spodni.
Tomasz przesuwał ustami po jej szyi i ramieniu. Zsunął cienkie ramiączko sukienki, czekając, aż Maja sama odsłoni drugie. Gdy odwróciła się do niego plecami, odgarnął jej włosy.
— Rozepniesz? — zapytała.
— Na pewno?
— Tak.
Suwak przesuwał się powoli. Chłodne powietrze dotknęło jej pleców, zaraz potem zastąpione ciepłem jego dłoni. Sukienka opadła na podłogę miękkim kręgiem. Tomasz pocałował ją między łopatkami, potem niżej, zatrzymując dłonie na talii.
Maja odwróciła się i rozpięła jego koszulę. Przesunęła palcami po ramionach oraz klatce piersiowej, obserwując, jak mięśnie napinają się pod jej dotykiem.
— Nie wyglądasz na człowieka, który tylko stoi w rytmie — powiedziała.
— Ty nie wyglądasz na kobietę, która nie tańczy.
Objął ją pod udami i uniósł na moment. Maja roześmiała się, po czym pocałowała go mocno, oplatając nogami jego biodra. Oparł ją delikatnie o ścianę, lecz gdy jej oddech się zmienił, zapytał:
— Dobrze?
— Bardzo.
Przeniósł ją na łóżko. Ciepłe światło lampy podkreślało linię jego barków i ciemne smugi deszczu na koszuli. Maja pociągnęła go ku sobie. Jego dłonie przesuwały się po jej biodrach, udach i plecach, a usta zostawiały powolne pocałunki na szyi, obojczykach i brzuchu.
Nie spieszyli się mimo zegara stojącego na stoliku. Każdy gest był nowy, nieprzewidywalny. Tomasz uczył się jej reakcji, a Maja odpowiadała coraz odważniej, podpowiadając dotykiem i krótkimi słowami. Kiedy napięcie wreszcie znalazło ujście, przyciągnęła go mocniej, zaciskając dłonie na jego plecach.
Leżeli później pod cienkim przykryciem. Maja kreśliła palcem niewidzialne linie na jego klatce piersiowej.
— Która godzina?
Tomasz sięgnął po telefon.
— Czwarta trzydzieści osiem.
— Powinieneś jechać.
— Powinienem.
Nie ruszył się. Zamiast tego pocałował jej dłoń, potem wewnętrzną stronę nadgarstka. Maja nachyliła się nad nim, a jej włosy opadły na jego ramiona.
— Jeszcze jeden taniec? — zapytała.
— Bez muzyki?
— Bez wymówek.
Tym razem to ona przejęła inicjatywę. Pocałowała go powoli, przesuwając dłoń po jego torsie. Tomasz objął jej biodra i podążył za rytmem, który narzuciła. Druga bliskość była spokojniejsza, bardziej świadoma. Nie uciekali już przed końcem nocy. Pozwalali jej trwać tak długo, jak mogła.
Bilet na później
O piątej trzydzieści Tomasz zapinał koszulę przy oknie. Maja siedziała na łóżku owinięta hotelowym szlafrokiem.
— Jeśli wyjdziesz teraz, zdążysz — powiedziała.
— Wiem.
— A jednak stoisz.
— Bo nie wiem, co wypada powiedzieć po nocy bez obietnic.
— Niczego nie obiecuj.
Tomasz usiadł obok niej.
— Chciałbym zobaczyć cię ponownie.
— Za kilka tygodni, kiedy wrócisz z Oslo i uporządkujesz życie?
— Jutro.
— Jutro będziesz w Norwegii.
— Mam spotkanie w Krakowie. Samolot dopiero pojutrze.
Maja zmrużyła oczy.
— Czyli cała historia o ostatnim pociągu…
— Pociąg był prawdziwy. Dramatyzm trochę podkręcony.
— Jesteś nieznośny.
— Ale umiem tańczyć i przyszyć guzik.
Wyjął z kieszeni bilet i długopis z hotelowego stolika. Na odwrocie zapisał numer telefonu.
— O siedemnastej będę w kawiarni naprzeciwko dworca. Jeśli przyjdziesz, to będzie pierwsza randka. Jeśli nie, zostanie nam dobry ostatni taniec.
Maja wzięła bilet.
— Nie masz mojego numeru.
— Właśnie dlatego nie będę mógł cię namawiać.
Pocałował ją krótko, ubrał marynarkę i wyszedł. Nie prosił o odpowiedź.
Następnego dnia o siedemnastej trzy Tomasz siedział przy oknie krakowskiej kawiarni. Gdy zobaczył Maję z małą walizką, wstał tak szybko, że potrącił stolik.
— Spóźniłaś się — powiedział.
— Trzy minuty.
— Pociąg przyjechał o szesnastej czterdzieści.
— Potrzebowałam czasu, żeby zdecydować, czy bohater zasłużył na lepszy początek.
Podała mu wymięty bilet. Na odwrocie, pod jego numerem, dopisała swój.
Ostatni taniec skończył się poprzedniej nocy. Ten, który zaczynali teraz, nie miał jeszcze ustalonego zakończenia.