Pokój z widokiem na miasto – weekend tylko dla dwojga

Weekend we dwoje, który Iga i Michał rezerwują po miesiącach rozmów głównie o zamówieniach, rachunkach i niedokończonym remoncie. Ona ma trzydzieści sześć lat i dość bycia osobą, która o wszystkim pamięta; on, trzy lata starszy, liczy, że dobry hotel pomoże im znów pobyć małżeństwem. Plan obejmuje późne śniadania, spacer i telefony schowane do szuflady. Jednak Iga przywozi również wiadomość, której nie potrafiła przekazać przy kuchennym stole. Zanim pozwolą sobie na bliskość, będą musieli sprawdzić, czy umieją jeszcze usłyszeć coś, czego nie chcą usłyszeć.
Czas czytania: ok. 11 min | Kategoria: Romantyczne | Opowiadanie dla dorosłych 18+
— Jeśli tam jest laptop, wracasz po niego w niedzielę — powiedziała Iga, kiedy Michał postawił torbę na hotelowym fotelu.
— Kosmetyczka też jest prostokątna.
— I ma ładowarkę?
Nie odpowiedział. Otworzył zamek, wyjął komputer i przez moment trzymał go obiema rękami, jak przedmiot znaleziony przypadkiem w cudzym bagażu.
— Miałem tylko sprawdzić rysunek dla stolarni.
Iga odwiesiła płaszcz. Pokój był dokładnie taki jak na zdjęciach: szerokie łóżko, dwa niskie fotele, lampa z jasnym abażurem i okno zajmujące niemal całą ścianę. Siedem pięter niżej tramwaj skręcał między kamienicami. Wybrała ten hotel właśnie dla okna. W domu zza kuchennego stołu widziała regał z segregatorami.
— Sprawdź teraz — powiedziała. — Ja zejdę po kawę.
Michał odłożył komputer, zanim zdążyła sięgnąć po kartę do drzwi.
— Nie. Umówiliśmy się.
Schował laptop do szafy, a telefon położył na komodzie. Po chwili dopisał krótką wiadomość do wspólnika, wyciszył urządzenie i wsunął je do szuflady. Dopiero wtedy spojrzał na żonę.
— Twój też?
Wyjęła komórkę z kieszeni. Na ekranie czekał mail, który przeczytała już trzy razy w pociągu. Zgasiła wyświetlacz.
— Mój też.
Do kolacji zostały dwie godziny. Przez pierwsze dziesięć zachowywali się, jakby ktoś przydzielił im zadanie, ale zapomniał podać instrukcję. Michał sprawdził regulację fotela, Iga rozłożyła ubrania. W końcu oboje stanęli przy oknie, każdy z kubkiem herbaty z hotelowego zestawu.
— Tam chyba jest targ — powiedział, wskazując dachy straganów.
— Możemy jutro pójść.
— O której?
Spojrzała na niego znad kubka.
— Spróbujmy bez godziny.
Uśmiechnął się. Przez jedenaście lat małżeństwa przywykła do tego uśmiechu, ale ostatnio oglądała go głównie na zdjęciach z oddawania klientom nowych kuchni. Prowadzili studio projektowania mebli. Michał projektował, jego wspólnik pilnował produkcji, a Iga robiła wszystkie rzeczy, które w rozmowach zaczynały się od „tylko”. Tylko zamówić, tylko zadzwonić, tylko poprawić fakturę.
— Co? — zapytał, bo nadal na niego patrzyła.
— Nic. Inaczej wyglądasz bez ołówka za uchem.
Odruchowo dotknął ucha, rozśmieszając ją bardziej, niż zasługiwał na to żart. Odstawiła kubek i oparła czoło o chłodną szybę.
— Muszę ci coś powiedzieć — zaczęła.
W tej samej chwili rozległo się pukanie. Pracownik hotelu przyniósł dodatkowy ręcznik, o który poprosili na recepcji. Michał odebrał go i rzucił na łóżko.
— Co takiego?
Mogła odpowiedzieć. Zamiast tego zapytała, czy zarezerwował stolik.
Przed wyjściem zmieniła dżinsy na prostą bordową sukienkę. Stała przed lustrem, próbując zapiąć mały guzik przy karku, kiedy zobaczyła w odbiciu, że mąż przestał szukać portfela.
— Pomożesz?
Podszedł i odsunął jej ciemne włosy na jedno ramię. Guzik długo nie chciał przejść przez pętelkę.
— Kto to projektował? — mruknął.
— Ktoś, kto nie musiał się sam ubierać.
W końcu zapiął sukienkę. Jego dłoń została na jej ramieniu o chwilę dłużej, niż wymagała tego czynność. Iga przykryła ją własną dłonią. W lustrze widziała ich oboje: jego pochyloną głowę i swój nieco zaskoczony wyraz twarzy.
— Ładnie ci — powiedział.
— Jeszcze nic nie reklamuję ani nie sprzedaję.
— Wiem.
Odwróciła się do niego. Pocałunek miał być krótki, taki przed wyjściem, ale żadne nie odsunęło się od razu. Dopiero sygnał windy zza ściany przypomniał im, że ktoś może czekać na dole.
Michał sięgnął po marynarkę, po czym znieruchomiał z ręką przy pustej kieszeni. Iga wiedziała, czego szuka. Nic nie powiedziała. Po chwili wziął tylko kartę do pokoju.
Stolik bez terminarza
Restauracja mieściła się po drugiej stronie ulicy. Dostali stolik przy ścianie, trochę za mały na dwa talerze i rozłożone karty. Michał przesunął świeczkę, Iga odsunęła wazonik. Zrobili to równocześnie, sprawnie jak ludzie, którzy od lat urządzają wspólną przestrzeń.
— Nie pytaj mnie, co weźmiemy na początek — uprzedziła.
Podniósł głowę.
— Dlaczego?
— Chciałabym przez dwa dni nie być kierownikiem wszystkiego.
Zamknął kartę, chociaż jeszcze jej nie przeczytał.
— Dobrze. To zamówię coś, co lubię, a ty będziesz mogła powiedzieć, że był to błąd.
— Brzmi jak początek naszego małżeństwa.
Wybrał pieczonego kalafiora. Pamiętał, że go lubiła, choć sam uważał za danie udające coś ciekawszego. Kiedy podano przystawkę, spróbował pierwszy i z wyraźną niechęcią przyznał, że jest dobra.
Rozmawiali o parze przy wejściu, która przyszła z małym psem, o obrazie wiszącym krzywo nad barem i o tym, czy można przez całe życie mieć jedną fryzurę. Michał twierdził, że jego zmienia się sama, tylko w niewłaściwym kierunku. Iga zauważyła, że zaczął siwieć przy skroniach. Wiedziała o tym wcześniej, ale dopiero teraz miała czas się przyjrzeć.
Przy głównym daniu opowiedział jej o człowieku spotkanym rano w pociągu. Potrafił mówić o bocianach przez czterdzieści minut, nie używając słowa „bocian”, bo ciągle nazywał je „tymi naszymi”. Iga śmiała się, a Michał dokładał szczegóły, zachęcony jak dawniej.
Potem wspomniał o poniedziałkowej dostawie blatów.
— Stop — powiedziała, unosząc widelec.
— Racja. Przepraszam.
Zamilkł na chwilę. W tym krótkim zakłopotaniu zobaczyła, ile miejsca firma zajęła również w jego głowie. Nie robił jej tego celowo. Ta świadomość nie zmniejszała zmęczenia, ale utrudniała złość.
— Pamiętasz krzesło z zielonym siedziskiem? — zapytała.
— To, które zabraliśmy spod śmietnika?
— Nie spod śmietnika. Z wystawki.
— Oczywiście. Z galerii pod gołym niebem.
Odnowiła je w ich pierwszym mieszkaniu. Przez tydzień jedli na podłodze, ponieważ stół służył jej za warsztat. Michał pamiętał zapach oleju do drewna, radio na parapecie i to, że nie pozwalała mu dotykać siedziska, dopóki nie skończyła.
— Byłaś wtedy strasznie uparta — powiedział.
— Byłam czymś zajęta, co naprawdę lubiłam.
Skinął głową, jeszcze nie rozumiejąc, dokąd zmierza.
Iga odłożyła widelec. Nie chciała przekazywać mu tej wiadomości przez stolik w restauracji, ale odkładanie jej coraz bardziej przypominało oszustwo. Pozwalała mu myśleć, że potrzeba im tylko dobrego jedzenia i dwóch spokojnych nocy.
— Mam propozycję pracy — powiedziała. — W pracowni renowacji na Wschodniej. Trzy dni w tygodniu, na początek.
Michał popatrzył na jej talerz, potem na nią.
— Kto ci zaproponował?
— Wysłałam zgłoszenie. Byłam na dwóch spotkaniach. W czwartek robiłam próbkę.
— W ten czwartek?
— Tak.
Oparł się o krzesło. Widział jej twarz, bordową sukienkę, kieliszek, który od początku kolacji pozostawał prawie nietknięty. Nagle przypomniał sobie, że rano pytała, czy w przyszłym tygodniu potrafiłby sam odebrać dostawę.
— Chcesz odejść z firmy?
— Chcę przestać prowadzić wam biuro.
Kelner zapytał, czy wszystko smakuje. Oboje odpowiedzieli, że tak. Gdy odszedł, Michał sięgnął po szklankę i odstawił ją, nie pijąc.
— Zapłacimy? — zaproponował.
Iga przytaknęła. Deser, który wcześniej wybrali do podziału, został na ostatniej stronie karty.
To nie jest wypowiedzenie z małżeństwa
Do hotelu wrócili obok siebie, bez dotykania. Michał przytrzymał drzwi, ona nacisnęła przycisk windy. W pokoju zdjęła buty i ustawiła je równo przy szafie. Potem poprawiła jeden, chociaż niczego nie trzeba było poprawiać.
— Dlaczego mi nie powiedziałaś? — zapytał.
— Bo za każdym razem zaczynaliśmy od tego, kto zrobi moją pracę.
— Ale nie mówiłaś o żadnej pracowni.
— Mówiłam, że nie chcę już robić tego, co robię.
Pamiętał te rozmowy. Przy kolacji, w samochodzie, raz podczas sobotnich zakupów. Odpowiadał: po zamknięciu zlecenia, po sezonie, jak znajdą kogoś sensownego. Każde z tych zdań wydawało mu się wtedy rozsądne.
Usiadł na skraju łóżka, a ona została przy oknie.
— Dwa spotkania — powtórzył. — Rozmawiałaś z obcymi ludźmi o tym, jak będzie wyglądało twoje życie, a ja nic nie wiedziałem.
— Właśnie o to chodzi. Poszłam tam jako ja. Nie jako żona projektanta, która ogarnia mu resztę.
— Nigdy tak o tobie nie myślałem.
— Wiem. Ale tak to wygląda.
Nie podniosła głosu. To było trudniejsze niż kłótnia, w której mogliby chwycić się tonu zamiast słów. Michał rozluźnił kołnierzyk i spojrzał na szafę, gdzie schował komputer.
— Pomyślałem teraz, że muszę zadzwonić do Pawła — przyznał.
Iga zamknęła oczy.
— Właśnie.
— Nie zadzwonię. Mówię ci, co mi przyszło do głowy.
Za szybą zatrzymał się tramwaj. Patrzyła, jak pasażerowie wychodzą na przystanek, i żałowała, że nie można na moment wysiąść również z własnej rozmowy. Przygotowała się na pretensje. Nie przygotowała się na jego bezradność.
— Nie podpisałam umowy — powiedziała. — Ale chcę ją przyjąć. Potrzebuję sześciu tygodni na przekazanie obowiązków. Mogę pomóc znaleźć zastępstwo. Nie chcę tylko znowu usłyszeć, że zacznę, kiedy wszystko się uspokoi.
— A jeśli się nie uda?
Odwróciła się od okna.
— To będę miała pracę, która mi się nie udała. Nie musisz mnie przed tym ratować.
Pokiwał głową, wolno. Przez chwilę milczał, po czym zapytał, co odnawiała podczas próby. Iga sprawdziła jego twarz, szukając ironii. Nie było jej.
— Fornirowany blat. Ktoś postawił na nim gorący garnek. Trzeba było dobrać łatę, żeby nie wyglądała jak plaster.
— Udało się?
— Za drugim razem. Pierwsza była za jasna.
Opowiedziała mu o starszej kobiecie prowadzącej pracownię, o szufladach pełnych uchwytów i o tym, że przez trzy godziny nie sprawdziła telefonu. Mówiąc, poruszała dłońmi, jakby nadal trzymała fragment drewna. Michał przyglądał się temu gestowi.
— Dawno cię takiej nie widziałem — powiedział.
— Ja siebie też.
Przesunął się, robiąc jej miejsce na łóżku. Usiadła, lecz zostawiła między nimi kawałek narzuty.
— Przestraszyłem się — odezwał się po chwili. — Że wychodzisz z czegoś, co było nasze. I nie wiem jeszcze, gdzie w tym zostaję.
Iga odwróciła ku niemu głowę.
— To nie jest wypowiedzenie z małżeństwa, Michał.
— Wiem. Teraz trochę bardziej.
Wyciągnęła rękę. Ujął ją ostrożnie i pogładził kciukiem niewielkie zadrapanie przy paznokciu, ślad po czwartkowej próbie. Nie obiecał, że od poniedziałku wszystko będzie łatwe. Zapytał tylko, czy może zobaczyć zdjęcie naprawionego blatu.
Po raz pierwszy tego wieczoru otworzyli szufladę z telefonami po coś, co chciała mu pokazać.
Miasto może poczekać
Później Iga zmyła makijaż i przebrała się w miękką koszulę. Kiedy wyszła z łazienki, na stoliku czekały dwie filiżanki oraz talerzyk z ciastem. Michał stał przy telefonie hotelowym, najwyraźniej zadowolony, że odkrył urządzenie, którym można załatwić coś niezwiązanego z pracą.
— Nie zjedliśmy deseru — wyjaśnił.
— Zamówiłeś jeden widelec?
Spojrzał na talerzyk.
— To miało wyglądać lepiej.
Usiadła w fotelu, podciągając nogi. Podał jej widelec, a potem usiadł na drugim. Przez kilka minut jedli na zmianę, komentując przesadną ilość kremu. Niczego już nie rozwiązywali. Iga zauważyła, że dopiero teraz opadło z niej zmęczenie, które trzymało ją prosto przez całą kolację.
— Chodź tutaj — powiedziała.
Michał podsunął fotel. Za mało. Złapała go za rękę i przyciągnęła bliżej, śmiejąc się, kiedy mebel zatrzymał się na brzegu dywanu.
Pocałowała go, zanim zdążył zająć się poprawianiem ustawienia. Objął ją ramieniem, a ona oparła policzek przy jego szyi. Znała to miejsce, miękki brzeg kołnierza, sposób, w jaki milkł, kiedy przestawał szukać właściwej odpowiedzi. Brakowało jej tego bardziej, niż chciała przyznać.
— Chcę dziś być po prostu z tobą — powiedziała.
— Ja też.
Nie musieli nadawać temu wieczorowi dalszego programu. Zostawili filiżanki przy oknie i zgasili dużą lampę. Kiedy Michał odsunął zasłonę od krawędzi łóżka, żeby nie zasłaniała widoku, Iga poprosiła, żeby już wrócił. Miasto świeciło za szybą jeszcze długo po tym, jak przestali zwracać na nie uwagę.
Obudziła się pierwsza. Zasłony zostały niedomknięte, przez co jasny pas dzielił wykładzinę na pół. Michał spał z dłonią pod policzkiem. Nie wyglądał na człowieka, który za godzinę powinien znać odpowiedź na siedem pytań od wykonawców.
Przez chwilę miała ochotę sięgnąć po telefon i sprawdzić pocztę. Zamiast tego położyła głowę z powrotem na poduszce. Kiedy się poruszył, otworzył jedno oko.
— Która?
— Nie wiem.
— To dobrze.
Przyciągnął ją do siebie, a ona została jeszcze kilka minut. Potem zaczęli się spierać o to, kto wstanie zrobić herbatę. Była to znajoma, nieważna sprzeczka i właśnie dlatego sprawiła jej przyjemność.
Na śniadanie zeszli późno. Michał przyniósł kawę i dwa różne pieczywa, nie pytając, na które ma ochotę. Iga wybrała kawałek z jego talerza.
— W poniedziałek porozmawiam z Pawłem — powiedział. — O przejęciu obowiązków. Nie o tym, czy możesz odejść.
Spojrzała na niego, a potem skinęła głową.
— A ja odpiszę do pracowni.
— Chciałbym jeszcze pogadać o pieniądzach. Na spokojnie.
— Dobrze. We wtorek?
— We wtorek.
Było w tym więcej ulgi niż w jakimkolwiek zapewnieniu, że wszystko się ułoży. Mieli konkretną rozmowę do odbycia i nie musieli odbywać jej natychmiast.
Po śniadaniu poszli na targ. Przy jednym ze straganów Michał zatrzymał się nad drewnianym pudełkiem z urwanym zawiasem. Odruchowo spojrzał na Igę, ale nie zapytał, czy dałaby radę je naprawić. Odłożył pudełko i kupił dwie mandarynki.
Wracali bez pośpiechu. Przy hotelu Iga zatrzymała się, żeby obrać swoją; skórka pękała pod palcami, zostawiając świeży zapach. Michał przytrzymał jej torbę. Wysoko nad nimi lśniło okno ich pokoju.
— Idziemy jeszcze gdzieś? — zapytał.
Włożyła mu cząstkę mandarynki do ust, zanim zdążył wymienić możliwości.
— Na górę.
Tym razem nie sięgnął po plan miasta.